.

piątek, 21 stycznia 2011

Henryk Sienkiewicz, Uolstrit i szpital wariatów

W zeszłą niedzielę byłem na wyprzedaży garażowej. Pośród wielu wystawionych przedmiotów znalazłem stare widokówki. Na jednej z nich widniał duży gmach wokół którego kręciło się wielu ludzi. Odwróciłem widokówkę i moim oczom ukazał się napis La Bourse, The Paris Stock-Exchange.
Klimat widokówki przypomniał mi fragment "Listów z Ameryki" Henryka Sienkiewicza. Mało kto wie, że nasz znakomity rodak był w Nowym Jorku w XIX wieku i wizytował Wall Street. Pozwolę sobie przytoczyć fragment tej świetnej książki opisującej ówczesną Amerykę (notabene utwór cały czas jest aktualny, społeczeństwo i obyczaje mało co się zmieniło). Oto on:
"Z redakcji dzienników przejdźmy teraz na Wall street (Uolstrit), ulicę niewielką, dość ciasną, ale może jeszcze od Broadway ważniejszą. Jest to ulica bankierów. Od samego rana ludniej na niej niż na Broadway. Tu mieszczą się skarby, za które można by zakupić całe kraje. Rozmaite domy handlowe robią tu rocznie transakcyj na sto siedemdziesiąt miliardów franków; o której to sumie dopiero wówczas będziemy mieli jakie takie pojęcie, gdy przypomnimy sobie, że pięcioma tylko miliardami Bismarck miał nadzieję zrujnować na zawsze Francję. Na pozór jednak nic nie zdradza ważności tej dzielnicy, chyba tysiące ludzi, zgorączkowane ich twarze i pośpiech, z jakim witają się, mówią i żegnają, wskazuje, iż dzieją się tu rzeczy ważne, dla nich zaś najważniejsze na świecie. Tu także mieści się stock-exchange, czyli giełda albo jeszcze, jeżeli kto chce: szpital wariatów cierpiących na febris aurea. Spokojnego widza strach przejmuje na widok tego, co się tu dzieje! Gwar tu, wrzask i wrzawa taka, jakby za chwilę miało przyjść do bitwy. Widzisz zaczerwienione twarze, słyszysz ochrypłe głosy. Ludzie przyskakują do siebie i krzycząc jakby w napadzie maligny, wytrząsają sobie pięściami przed oczyma. Jeden stara się przekrzyczeć drugiego. Sądzisz, że tłumy te ogarnęła naraz niewytłumaczona wściekłość, pod wpływem której natychmiast poczną się mordować wzajemnie. I któż by domyślił się, że jest to nic więcej, jak tylko sposób porozumienia się handlowego, a owe krzyki i wywijania pięściami służą tylko do tego, żeby się dać lepiej zrozumieć. Gdy wreszcie ozwie się dzwonek prezesa na znak, że obroty się kończą, po niejakim czasie ciż sami ludzie wychodzą spokojnie, trzymając się wzajemnie pod ręce."
I jeszcze jedna wskazówka jak w tym czasie wyglądało Wall Street: "Prócz banków, prócz stock-exchange, goldroomu (izby złotej) i innych giełd: zbożowych, wełnianych i bawełnianych, na całej Wall street nie masz zresztą nic godnego widzenia."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz